blog

Recenzja: Official Vandal - Innocent


Link 21.10.2014 :: 14:00 Komentuj (0)
darmowy hosting obrazków
Jestem przekonany, że gdyby oficjalny debiut grupy Official Vandal ukazał się w innej wytwórni
niż warszawska oficyna Prosto, album przeszedłby bez echa. Ba, to że Kokot, Mixo i producent
grupy Szczur wydają w jednym z najważniejszych labeli związanych z polskim hip-hopem nie da
im zbyt wiele, a szkoda, bo grupa zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Nie od dziś wiadomo, że typowy rodzimy słuchacz rapu jest wygodny i częściej słucha ksywek,
aniżeli tego co raperzy "do niego" i w jaki sposób mówią. Dla takiego słuchacza album "Innocent"
będzie czymś zbyt odległym i niszowym by po niego sięgnąć. Ale nie o takiego słuchacza grupie
przecież chodzi. Środowisko graficiarzy jest środowiskiem bardzo hermetycznym, dostępnym
tylko wybranych i wtajemniczonych. I Ci ludzie płytę na pewno docenią!

Jeśli ktoś spodziewa się na tej płycie fajerwerków i rzeczy, które jakkolwiek zmienią polską scenę,
może czuć się rozczarowany i niewiele znajdzie tutaj dla siebie. Płyta utrzymana jest w magicznym
klimacie lat dziewięćdziesiątych, o który postarali się: wyżej wymieniony Szczur, Siwers oraz Opiat.
Krążek nasycony jest nienawiścią do systemu, opowieściami prosto z ulicy, historiami z życia grafficiarzy,
(mistrzowski kawałek "Madryt Berlin"), relacjami z policją, prokuraturą i sądami. Na albumie nie brakuje
radykalnych i bezkompromisowych tekstów, np. w kawałku "Nietolerancja", gdzie słyszymy:"Prawdziwy
Polak nigdy nie stanie się lewakiem"albo "Czerwona hołota wciąż jest zagrożeniem dla Polski".
Powściągliwość każe nie rozwodzić mi się zbytnio nad umiejętnościami raperów. Są one przeciętne.
Mixo i Kokot nadrabiają szczerością, autentycznością i umiejętnością zaciekawienia słuchacza swoimi
życiowymi historiami. Raperom daleko do poetów, bliżej raczej do charyzmatycznych raperów, których
na scenie wbrew pozorom nie jest aż tak wielu.

Muzycznie płyta to majstersztyk, szczególnie dla tych, którzy wciąż kochają brzmienie znane chociażby
z płyt "Enta Da Stage", "The Chosen Few" czy "For The People". Na albumie pod tym względem nie ma
absolutnie do czego się przyczepić. Krążek momentami brzmi nieco jak "Numer jeden wróg publiczny",
co nie jest bynajmniej zarzutem - to tak dla tych mniej dociekliwych i nie zorientowanych na działania
muzyczne Boot Camp Click. Płyta okraszona jest wszechobecnymi skreczami autorstwa między innymi
Dj'a Kebsa i Black Belt Grega. Im bardziej zagłębiam się w album "Innocent" tym bardziej słyszę i czuję
tutaj miłość do hip-hopu.Taką bezinteresowną, prawdziwą.


Recenzja: Włodi - Wszystko z dymem


Link 22.09.2014 :: 20:30 Komentuj (0)

Ostatnie kilkanaście miesięcy to ciężkie czasy dla rodzimego rapu. Większość raperów skupiło
się na budowaniu swojego internetowego wizerunku, wszechobecnej modzie i nabijaniu słupków
popularności. Dotyczy to zarówno młodych graczy jak i starych weteranów. Coraz ciężej w cyrku
zwanym polskim hip-hopem znaleźć coś wartościowego, do czego podejdzie się z szacunkiem
i słucha z otwartą gębą od deski do deski. Na szczęście udało się! Włodi po raz kolejny nie zawiódł!

Weteran rodzimej sceny hip-hopowej, kazał nam bardzo długo czekać na swoją kolejną solową
płytę, (bo przecież od pamiętnego albumu "W..." minęła już blisko dekada) ale opłaciło się.
Warszawski raper zna swoją pozycję na scenie, i na dobrą sprawę mógł wybrać każdą drogę -
kontynuować uliczną stylistykę lub pójść śmiało we współczesną nowo szkolną muzykę, wybrał po
środku i chwała mu za to, tym bardziej, że potrafił to wszystko zgrabnie ze sobą połączyć. Włodi
znakomicie odnalazł się w roku 2014 będąc na scenie od końcówki lat dziewięćdziesiątych.

Pierwsze single nie zapowiadały tak dobrej płyty. Do numeru "T&T" podszedłem chłodno, mimo że
podkład wyprodukował sam Evidence. Gdy usłyszałem "1996" z Vieniem i Pelsonem zacząłem mocno
obawiać się o trzecie solowe wydawnictwo współzałożyciela Mistic Molesty. Na szczęście wyżej
wymienione numery to zdecydowanie najsłabsze akcenty na płycie, choć przy odsłuchu całości i tak
smakują nieźle - chociaż Vienio z każdą zwrotką udowadnia, iż powinien wrócić do korzeni i zacząć
grać imprezy jako didżej. Gdybym miał wypisać cytaty, które zrobiły na mnie wrażenie na tej płycie,
musiałbym przepisać naprawdę większość tekstów, więc może zostańmy przy "Mówiłaś pokaż
gnojkom ich miejsce w szeregu, albo wyłącz mikrofon i więcej nic nie mów...", albo "Nie szukaj mnie
po dworcach jak żona Riedla, igła którą znam czyta bit na wosku, didżej tnie to jak brzytwa, robię
rap po polsku" z "Detektor dymu".

W przeciwieństwie do innych raperów, których Włodi zahacza w kawałku "W drodze po towar"
jego muzyczne inspiracje nie skończyły się na pierwszej płycie Mobb Deep, co nie oznacza, że
muzyka Mobb Deep nie jest mu już bliska - artysta doskonale wiedział jak ta płyta ma brzmieć, co
umiejętnie przekazał didżejowi B - inspiracje wspólną płytą "Albert Einstein" Prodigy i Alchemista
słychać wyraźnie. Nie tylko Dj B zrobił tutaj świetną robotę, podkład Stony w numerze "Guzik" to
jeden z najprzyjemniejszych podkładów jakie otrzymaliśmy w tym roku. Jeśli już wywołałem ten
numer to nie sposób oprzeć się, jak i co tutaj nawija Małpa, który zresztą był bliski by ukraść
Włodiemu numer. Zwrotki Weny i Mielzkiego raczej bez historii, a szkoda, bo szczególnie za Grubego
trzymałem mocno kciuki. Dla fanów słodkiego smaku jointa to pozycja obowiązkowa, szczególnie
w połączeniu z zawartością książeczki. Utwory "Zapałki" czy "Proces spalania" to numery, które
za kilka lat będą klasykami na poziomie "Uciułanego" ze wspólnej płyty Deluksów, Intoksynatora
i Jwp z 2004 roku.

Album Włodiego "Wszystko z dymem" to przykład na to, że kilku weteranów tej sceny nie zjadło
swojego ogona, nie podąża za trendami, a wręcz wyznacza je. Nie zostało ich na scenie zbyt wielu,
więc tym bardziej warto ich wspierać. Jestem przekonany, że gdy najważniejsze osoby piszące
o rapie w tym kraju (aż trzy, może cztery) będą podsumowywały rok, ten krążek będzie wywoływany
często i głośno.


Recenzja: Sarius - Wszystko dobrze ep


Link 03.09.2014 :: 20:29 Komentuj (1)

O ile na debiutancki album Raka z Gdańska nie czekam w ogóle (dotychczasowe działania Raka
i ostatnio video promujące wydawnictwo tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że Rak to okropnie
przeciętny raper), to jesienna ramówka Asfaltu zapowiada się naprawdę bardzo ciekawie. Na wspólny
album Sensiego, Eproma i Lema czekam z ogromną niecierpliwością, drugiej części Dead Man Funk
jestem ciekaw, a kolejnego solowego materiału Sariusa wyczekuję od momentu pojawienia się w sieci
informacji, że wyprodukuje go Ostry, choć oczywiście nie tylko dlatego. Może wróćmy do Raka jeszcze
na moment. Nie powiem, bo szanuję takich raperów jak on - robić coś tyle lat i nie odnosić żadnych
sukcesów? To naprawdę wymaga determinacji i miłości do muzyki. Choć w sumie może nie do końca
bez żadnych sukcesów, znajomości nabyte przez te dwanaście lat zaowocowały chociażby wydaniem
wspólnego krążka z Hadesem w Prosto, czy wydaną również w Prosto płytą macierzystej formacji DwaZera
trzy lata wstecz. Kumoterstwo to naprawdę przekleństwo polskiego hip-hopu, no chyba, że rzeczywiście
włodarze warszawskich wytwórni widzą w nim potencjał. Na dzień dzisiejszy jedyny powód dla jakiego
kupiłbym jego album to niekonwencjonalna okładka, choć Tytus chyba myślał podobnie decydując się
na grafikę w formie 3d(?), nie wiem tak tylko "piszę na głos" co myślę.

Chyba z dwa lata temu na jakimś internecie oglądałem film poświęcony częstochowskiej scenie hip
-hopowej, która swego czasu naprawdę była bardzo mocna. I tak naszła mnie wtedy refleksja, co
właściwie się stało, że mając taką historię i korzenie w Częstochowie nie dzieje się kompletnie nic,
no ok był didżej Haem, ale kto jeszcze? A przecież wówczas Częstochowa była chyba jedynym z
nielicznych miast w Polsce posiadającym własną legalną składankę hip-hopową- "SC 034" - pojawili
się tam między innymi Ego, Ideo, 1000. W końcu z dwa lata temu zaczęło się coś w końcu dziać
na szerszą skalę. Pojawili się Sensi i Tytson (Hurragun), Centrum Strona, Żyto, Sarius - oczywiście
to czy wszystko mi się podoba to inna sprawa, niemniej trzeba przyznać, że odbiór i zasięg raperów
z Częstochowy jest coraz większy.

Gdy blisko rok temu Sarius puścił w świat swój debiutancki wyprodukowany przez Eproma album
"Blisko leży obraz końca" byłem pierwszą osobą, która wypowiadała się o nim w sposób delikatnie
mówiąc krytyczny. Po upływie kilku miesięcy doszło do mnie jak bardzo się myliłem. A dziś uważam
ten krążek za jeden z mocniejszych momentów ubiegłego roku na scenie. Dlatego też oczekiwanie
na kolejne zwrotki Sariusa było ogromne. Nie dalej niż w czerwcu ukazała się limitowana do 500 sztuk
epka "Wszystko dobrze", którą wyprodukowało pięciu różnych producentów. Ostry, zajął się produkcją
singla "Zapalnik", skądinąd rewelacyjnego numeru, od którego do dziś nie potrafię się oderwać.
Ciężki i brudny bit w połączeniu z manierą Sariusa daje bezsprzecznie jeden z ciekawszych numerów
ostatnich miesięcy w grze. Dla Sariusa bity dostarczyli również tacy producenci jak Foka, Poszwixxx,
Salvare i Worst Case.  Jedynie "Karma wraca" to numer, do którego nie do końca umiem się przekonać
i tutaj już raczej nic się nie zmieni - o ile tekst, rymy i sposób w jakim nawija Sarius jest ok, to bit troszkę
mnie odtrąca. W numerze "Sól do kawy" Sarius momentami jest nieco zbyt bezpośredni i nietaktowny -
"Nie ma co się zastanawiać, wiem bo się nad tym zastanawiam od samego obsranego rana dnia każdego"
albo "...że pod urzędem pracy od samego rana będę stał jak kutas". Kawałek "Delirium" to genialne
teksty i popisy Sariusa na mikrofonie, a przy tym niezwykle wyrazisty podkład. Generalnie muzyka
na epce to coś do czego nie można się tutaj przyczepić (no dobra - "Karma wraca" nieco tutaj wadzi,
ale i tak w końcowym rozrachunku to przyzwoity podkład).

Trochę się czepiam, bo taka dziś moja rola, ale i tak podsumowując całość jestem w stanie dać tej
pozycji piątkę z minusem. Oczekiwania na wspólny album z Ostrym są coraz większe. Mam nadzieje,
że i tym razem będzie wszystko dobrze.


Hst - Sen koszmarny


Link 13.06.2014 :: 15:22 Komentuj (0)

Może i ostatnio ciężko to zauważyć, ale wbrew pozorom zależy mi na tym, by blog aktualizowany
był w miarę regularnie. Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie miesiące częściej słucham polskiego
rapu, a nie tego ze Stanów, postanowiłem założyć nowy dział poświęcony rodzimym płytom hip-
hopowym. Mam nadzieję, że to sprawi, iż będę zaglądał tutaj częściej, i co najważniejsze aktywniej.

Dwanaście lat śląski raper kazał czekać swoim słuchaczom na drugi solowy krążek. Początkowo
album pod nazwą "Ostatni gasi światło" ukazać miał się w wytwórni Fandango Records, jednak
ostatecznie Hst wylądował w wytwórni My Music, a tytuł "Ostatni gasi światło" zamienił na "Sen
koszmarny". Nie ukrywam, że z ogromną niecierpliwością oczekiwałem na album HST, a gdy już
go w końcu otrzymałem, chyba trochę się zawiodłem - nie wiem, może moje oczekiwania były po
prostu zbyt wygórowane. Nie oznacza to, że "Sen koszmarny" jest albumem słabym czy nawet
przeciętnym - nic z tych rzeczy. Na płycie znajdziemy zdecydowanie więcej numerów, od których
ciężko się oderwać aniżeli takich, gdzie podziękujemy już po pierwszym przesłuchaniu. Ale niestety,
tych drugich nie zabrakło. Numer "Jestem sam" to marna kontynuacja utworu"Kilka minut z nią",
nie mówiąc już o tym, że Hst wyraźnie zabrakło pomysłu na refren. W worku "muzyka emocjonalna"
słyszałem dużo więcej ciekawszych pozycji, i to nawet w tym roku. Singiel o skądinąd dosadnym
tytule "Gnój" to pijacki / chamski bełkot ze strasznie prostackim tekstem. Jednym z mocniejszych
momentów na "Śnie koszmarnym" mógł być "Przegląd" jednak do perfekcji zabrakło dobrej zwrotki
Joki z Kalibra, a wers "Hst dziś do Joki, jak do frankfurterki szałot" jest może i fajnym porównaniem,
ale dla nastoletniego rapera, a nie gościa po trzydziestce. Czepiam się, czepiam, ale ostatecznie
i tak stwierdzam, że "Sen koszmarny" to krążek, który musi być uwzględniony w corocznych
podsumowaniach. Numery, które absolutnie zasługują na pochwałę to "Biegnę przed siebie",
"Żyje się raz" na znakomitym podkładzie The Returners, "Przyjaźń" z udziałem Daba czy chociażby
"Mój kumpel diabeł", nie mówiąc już o wprost rewelacyjnej "Notatce samobójcy" z udziałem
wokalistki Sylwii Dynek.

Hst to jeden z tych raperów, którego można zaklasyfikować do kategorii "raperzy, którzy mogli
wiele osiągnąć". Jego płyta ukazała się o kilka lat za późno, młodzi słuchacze nie pamiętają jego
pierwszej płyty czy chociażby genialnych zwrotek na "Czarnym złocie", a szkoda. Aż nie chcę myśleć
gdzie byłby dziś Hastu, gdyby poszedł za ciosem po "Masy ludu. Na językach". Gdyby przyszło
mi oceniać "Sen koszmarny" w szkolnej skali, bez najmniejszego zawahania dałbym czwórkę
z plusem - ten plus to taka śląska solidarność. "Zawsze Górny Śląsk robił Ci rozpierdol na tracku".